Opowiadanie miało przedstawiać... horror, więc zostaliście ostrzeżeni. Czy wyszło - sami ocenicie.
Jest to jeden z rozdziałów mojej opowieści *a raczej jego fragment*, która przedstawia świat... hmmm... może nie po III wojnie światowej, ale coś blisko tej tematyki. Zniszczone tereny, ludzie starający się przetrwać kolejne dni ciężką pracą i oczywiście ci, którzy owoce owej pracy chcą zgarnąć dla siebie przemocą.
Głównym bohaterem jest trzynastoletni Cay, który szlaja się po opustoszałych terenach, starający się po prostu przeżyć, co nie jest łatwe, kiedy całe życie spędziło się w bezpiecznym miejscu z dala od wszelakich zagrożeń ze strony ludzi czy potworów, których też nie brakuje. W miejscu, gdzie toczona jest rozmowa ze staruszkiem możecie poczuć się trochę zagubieni, bo trzeba by poznać poprzednie rozdziały, by połapać się w całym tym bajzlu. Służę wyjaśnieniami: Cay jest w pewnym sensie mutantem, którymi ludzie gardzą... i się ich boją.
Balthazar jest jest łowcą nagród i... powiedzmy, że w pewnym sensie opiekunem chłopaka. Ciężko to wytłumaczyć w paru słowach.
Cała ta "przestrzeń", na której rozgrywa się akcja została ochrzczona mianem „Limbo". Dla niewtajemniczonych – myślę, że ciocia wikipedia pomoże. Summa summarum, tak, teren ten jak najbardziej zasługuje na miano „przedsionek piekła".
Cóż mogę więcej napisać? Miłego czytania.
Aha, no i właśnie jeszcze coś, podobno czytanie po zmroku sprawia, że jest lepszy efekt.
PS. Tutaj akurat walutą w sklepach są baterie, ale na ogół w całej powieści wszyscy wracają do korzeni i odradza się z powrotem handel wymienny.
______________________________________________________________________________
- Dobrze… A więc tak, młody człowieku: sama naprawa wiatrówki będzie cię kosztować pięć akumulatorów. Dodatkowo dwie puszki nabojów do niej – kolejne dwa, rozumiesz? Jeden za każdą sztukę…
Ostatnie zdanie sprzedawca wymówił bardzo powoli, akcentując każde słowo z osobna, jakby rozmawiał nie z trzynastolatkiem, a dwuletnim dzieckiem. Dotknęło mnie to, bo nie lubię, jak ktoś traktuje mnie w ten sposób i skrzywiłem
się mimowolnie.
- No, młodzieńcze, tylko bez takich naburmuszonych min – powiedział nachylając się ku mnie przez ladę.
Gorzki zapach alkoholu buchnął mi w twarz, lecz zamiast znowu okazać swoją dezaprobatę, wyszczerzyłem się tak szeroko, że aż zabolały mnie usta. Brzuchaty sprzedawca odwzajemnił uśmiech, ukazując szereg krzywych, pożółkłych zębów i ciągnął dalej:
- No, więc… eee, tego… - odchrząknął. – Tak jak mówiłem – pięć za naprawę i dwa za naboje. Razem to będzie siedem akumulatorów.
Włożyłem rękę do kieszeni i wyciągnąłem garść baterii paluszkowych. Odliczyłem odpowiednią ilość i wysypałem je na potężną rękę sprzedawcy. Zauważyłem, że nie miał środkowego palca.
- Odcięto mi go – powiedział, najwyraźniej podłapując moje spojrzenie. – Walczyłem w obronie tej mieściny przed bandytami. Wpadli do mojego sklepu z takimi karabinami. - Pokazał długość owej broni, w taki sam sposób, w jaki rybacy chwalili się swoimi złowionymi okazami. – Już chcieli strzelać, ale ja byłem szybszy! Zanim te bydlaki zdołały się połapać, o co chodzi, ja jednego już trzymałem za fraki, a drugiemu posłałem kolano w krocze! I wiesz, co było potem? Wiesz?
Zaprzeczyłem.
- Wybiegłem na zewnątrz i zacząłem każdego rąbać, o tą siekierą! Jak to jaką? No tą, która leży o tam, przy drzwiach. Jaka była rzeź… Tyle trupów leżało na ziemi, a reszta potem uciekała! Bali się mnie… Rozumiesz, młodzieńcze? Oni się mnie bali. I nikt nie chce mi uwierzyć! Wyobrażasz to sobie?! Nikt! Wszyscy siedzieli skuleni w swoich domach, kiedy bandyci napadli na mój sklep, a jak już było po wszystkim i powiedziałem im, co się wydarzyło to… to… Wyśmiali mnie! Tak po prostu! A jedyne, co straciłem w tej bitwie… - zrobił teatralną pauzę. – Jedyne co straciłem, to ten oto środkowy palec.
- A kule? – zaciekawiłem się.
- Jakie kule? – odpowiedział pytaniem na pytanie sprzedawca.
- No, nie strzelali do pana? Ci bandyci – dodałem, widząc jego uniesione brwi. – Skoro mieli broń, a pan nie, dlaczego jej nie użyli. W końcu był pan, jakby to powiedzieć, bezsilny, prawda?
- No… eee, tego… nie zdążyli, no – odparł czerwieniąc się.
Spojrzałem krytycznie na mężczyznę. Raczej nie wyglądał na kogoś obdarowanego takim nadludzkim refleksem, by być szybszym od bandytów łażących po Limbo. Sam przecież miałem z nimi do czynienia, więc wiedziałem, jacy potrafią być bezlitośni. I ten oto człowiek, sprzedawca z małej wioski leżącej na środku pustkowia, dwa razy grubszy i niższy od przeciętnego człowieka, z kiełbasianymi rączkami i świńskim oczkami, twierdzi, że ludzie (nie, nie ludzie – bestie) których wszyscy się bali, nie zdążyli do niego strzelić, bo się go przestraszyli?
Sprzedawca odchrząknął i przywołał sztuczny uśmiech na już normalnego koloru twarzy.
- A dokąd to… eee, tego… zmierzasz – chciał zrobić na mnie wrażenie, siłując się na elokwencję – mój przyjacielu?
- Do domu siostry Matyldy – odparłem. – Zatrzymam się tam na jakiś czas.
- Ach, siostra Matylda – rozpromienił się mężczyzna. – Wspaniała kobieta, oj, wspaniała, a jak gotuje! Czysta poezja, młodzieńcze, najczyściejsza.
- Najczystsza – poprawiłem go, ale sprzedawca zdawał się tego nie słyszeć.
- Pamiętam ją jeszcze jako taką młodziusieńką dziewczynę - kontynuował. - Te jej smukłe ciało i wiecznie roześmiana twarz. Była piękna, nie ma co.
- A teraz? – dopytywałem się.
On, widać, bardzo dobrze znał tę kobietę, a ja wolałem wiedzieć o niej jak najwięcej. W końcu będę tam mieszkał przez następne kilka tygodni.
- Ale, co teraz? A, że teraz! No nadal jest piękna, ma się rozumieć. Te jej blond włosy. Wiesz, młodzieńcze, miała je aż do pasa. Rozumiesz? Aż do pasa! A jakie lśniące i puszyste – przejechał palcami jak grzebieniem po swojej łysinie. – No i widzisz młodzieńcze, jak raz się zobaczy te jej wspaniałe loki, to oczu nie można oderwać, ot co. Nawet niekiedy takie myśli przelatują przez głowę, żeby ją tak złapać, hopsa, i do ściany, a potem…
Nie wiedziałem, że jego twarz może się jeszcze bardziej zaczerwienić. Wyglądało to tak, jakby krew z całego ciała znajdowała się teraz w jego głowie. Sprzedawca zakaszlał, spojrzał na mnie badawczo, a potem dodał pod nosem:
- No… eee, tego… szkoda, że założyła habit, wielka szkoda. Zasłaniać takie włosy to grzech… A i uważaj jeszcze, młodzieńcze. Siostra Matylda posiada niemałego psa. Biega zawsze po ogrodzie. Nie jest groźny, ale lepiej, żebyś uważał na tę bestię.
Kiedy wyszedłem ze sklepu, słońce chyliło się już ku horyzontowi, a powietrze z minuty na minutę stawało się zimniejsze. Ogarnął mnie nieprzyjemny dreszcz i szczelniej owinąłem szal wokół szyi.
Wioska niczym się nie różniła od reszty miasteczek na Limbo, w których się zatrzymywałem; jedna uliczka, wzdłuż której mieścił się szereg drewnianych domków obudowanych blaszanymi płytami. W niektórych oknach wciąż paliło się światło.
Na werandzie, przed sklepem w bujanym krześle siedział staruszek, nucąc pod nosem jakąś melodię pozbawioną rytmu. Obok niego leżał mały, kudłaty pies, wesoło merdając ogonem i rozglądając się dookoła z wyrazem futrzastego debilizmu na pysku.
Gdy mnie dostrzegł, zerwał się na równe nogi, zjeżył sierść na plecach i warknął, ukazując szereg małych, białych zębów.
- Spokój, Arnoldzie. Arnoldzie, siad! Leżeć! – skarcił go staruszek.
Ale zwierzę przestało ujadać dopiero wtedy, kiedy mężczyzna pacnął go otwartą dłonią w pysk.
- Okropne, stare cielsko. Gdzie szczekosz?! Pozwolił kto, pierdoło jedna! Jak mówia spokój, to mo być spokój i już!
Staruszek splunął soczyście przez ramię i paskudnie zaklął, po czym zwrócił się do mnie:
- Wybacz, jeżeli żeś się Arnolda przestraszył, synu. Nie wiem, co odbiło tej starej szumowinie, tej kupie truchła, że tak naskoczył na kogoś. Na ogół spokojny je, jak nie wiem co…
- Nic się nie stało – powiedziałem.
- A nu, że stało się, nu stało – odparł staruszek. – Bo nie wolno tak na bidnych, komu winnych, ludzi szczekoć. Nie przystoi, ot co. A już szczególnie Arnoldzikowi. Bo to miał być pies do szczeniąt, synu. Eeeee… znaczy się dzieci, no. I się wygupioć z nimi. I, że no, bawić się. A nie szczekoć, jak oszalały kojot na wszystko, co się ruszo. – Westchnął ciężko. – Starzeje się najwyraźniej, bo to pirwszy roz tak warczy na kogoobcego. Wiesz, nawet jakby kto mi się do doma włamał, to ta bestia, by złodziejowi latarkę jeszcze przytrzymała. Taki to przyjazny jest ten mój Arnoldzik, ot co.
Pies znowu warknął, szczerząc kły i zaraz po tym zapiszczał od kolejnego uderzenia
w pysk.
- A przynajmniej był przyjazny… - Pogładził psa uspokajająco.
- Naprawdę, nic nie szkodzi – powiedziałem. – Zwierzęta na ogół
tak się zachowują w moim towarzystwie. Już się przyzwyczaiłem.
Staruszek odwrócił się w moją stronę. Jego ręka zamarła kilka centymetrów nad głową psa. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Badawczo. Mógłbym nawet powiedzieć, że natarczywie.
- A wiesz co, synu? – wyszeptał złowrogo. – Mój Arnoldzik to nie do końca jest taki, jakim go opisałem. Bo złodziejowi by i możne pomógł…
Mogłoby się wydawać, że starzec potrafi przeszyć wzrokiem oczy, czaszkę i wedrzeć się do mózgu człowieka. Zobaczyć to, czego nie da się dosięgnąć gołym okiem. Duszę. Albo i może jeszcze więcej. Jego spojrzenie hipnotyzowało.
- Ale, widzisz, synu, Arnold ujadaniem ostrzega mnie przed potworami.
Potworami? Czy on powiedział, potworami?
Zacząłem się śmiać i nie mogłem przestać. Oczywiście, jak byłem mały to straszono mnie paskudnymi stworzeniami, które przyjdą w nocy i zabiorą mnie do swojego mrocznego świata. Tak mi zawsze mówił mój opiekun, gdy byłem nieposłuszny.
Potwory. Jakie potwory?
Ale staruszek, ku memu zdumieniu, wcale nie śmiał się razem ze mną. Wręcz przeciwnie. Jego ciało zdawało się być mocno naprężone, a twarz jeszcze bardziej sroga; oczy błyszczały mu niebezpiecznie.
- Mutanty, mój drogi. Mutanty – powiedział cicho.
W tym momencie uświadomiłem sobie, że staruszek wie, kim naprawdę jestem. Przestałem się śmiać.
- Arnoldzik bardzo nie lubi mutantów – ciągnął tamten gardłowym szeptem.
– Tak samo, jak i jego pan.
Pies znowu warknął, ale tym razem staruszek go nie uciszył.
- Lepiej będzie i dla nas, i dla cienie, jak szybko opuścisz to miejsce. Nikt tutaj
nie przepada za potworami.
Usłuchałem. Opuściłem miasteczko i już po pięciu minutach maszerowałem w górę zbocza. Mógłbym przysiąc, że gdy odchodziłem, staruszek szepnął, zapewne do swojego psa:
- No i po ptokach…
Droga na szczyt była kręta i stroma. Co chwila upadałem, raniąc kolana i dłonie o ostre kamienie i żwir, które osuwały się spod moich stóp. Często musiałem przeciskać się przez wąskie szczeliny utworzone w skałach.
Szlak przypominał tunel pozbawiony sufitu. Po lewej i prawej stronie piętrzyły się głazy, skały i drobne kamienie, z których wyrastały karłowate drzewa i krzewy z kolcami zamiast liści.
Zanim dotarłem na samą górę, słońce już się schowało za horyzontem. Spojrzałem w górę i ujrzałem niebo, całe spowite gwiazdami. Widok zapierał dech w piersiach. Szkoda tylko, że księżyc był w nowiu.
Wyciągnąłem z plecaka małą latarkę. Dało się słyszeć ciche „pstryk", kiedy promień światła omiótł najbliżej znajdujące się mnie skały i nikł dalej w ciemnościach. Nie był to dobry sprzęt. Więcej można było zobaczyć, zapalając zwykłą świeczkę, ale urządzenie miało także swoje plusy. Z łatwością mieściło się w kieszeni i energii starczało na znacznie dłuższy czas, niż w zwykłej latarce z długą rączką.
W końcu dostrzegłem przed sobą nikły blask, który po chwili zniknął. Albo może tak mi się tylko zdawało? Zbliżyłem się jednak ostrożnie, uważając, żeby nie potknąć się o żaden z wystających ze skał korzeni, co nie było łatwe przy tak słabej widoczności.
Znowu światło się pojawiło i znikło. I znowu. I znowu…
Nagle zza zakrętu wyłoniły się kontury niewielkiego budynku. Pomyślałem, jakim cudem w tak małym domku może zmieścić się tak dużo osieroconych dzieci, których przecież nie brakowało na Limbo. Na werandzie zniszczona przez czas lampa świeciła się słabo, by pochwili zamigotać i zgasnąć. A potem znowu się oświecić, powtarzając cykl od początku.
Obok domu znajdował się mały ogród z huśtawkami, zjeżdżalnią i karuzelą. Podejrzewałem, że była tam zapewne również i piaskownica, lecz niewidoczna z tej odległości.
Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch na końcu podwórka. Czarna sylwetka przebiegła przez nie, zmierzając w stronę zabudowania. Sprzedawca miał rację; pies siostry Matyldy był rzeczywiście wielki. Lecz zanim zdążyłem się lepiej przyjrzeć, zwierzę zniknęło za rogiem.
Wszedłem powoli po drewnianych schodach – wypaczone deski stękały pode mną nienaturalnie głośno, w porównaniu do wszechogarniającej mnie ciszy.
No właśnie… Cisza.
Z domu powinny dochodzić najróżniejsze dźwięki, poczynając od krzyków niesfornych, małych łobuzów, po tłukące się szkło. Tak przynajmniej wyobrażałem sobie to miejsce – pełne radości, ale jednocześnie wypełnione wrzaskami chłopców, rzucających się jedzeniem lub klockami i piskami małych dziewczynek, którym to właśnie popsuła się ulubiona zabawka, albo które nagle oblano dla żartów zimną wodą.
Tu jednak panował spokój przerywany od czasu do czasu głośnym pohukiwaniem sowy.
Nawet świerszczy nie było słychać.
- Halo – zawołałem pukając kołatką w drzwi. Ku memu zdumieniu te otworzyły się bardzo powoli, skrzypiąc na zardzewiałych zawiasach. Dopiero po kilku sekundachzorientowałem się, że nie były od początku otwarte. Ktoś, albo coś musiało je wyłamać – zamek był poważnie uszkodzony, a klamki w ogóle nie było.
Wejście do budynku zionęło intensywnym, nieprzeniknionym mrokiem. Wyciągnąłem rękę, myśląc, że może to tylko jakiś głupi żart dzieciaków, w stylu: pomalowane na czarno i rozwieszone przed drzwiami prześcieradło. Lecz ramię utonęło w ciemności, a palce nie napotkały żadnego oporu. Wiedząc, że później będę tego żałował, wszedłem do środka.
W pokoju nie tylko było dużo ciemniej niż na dworze, ale także znacznie zimniej. Nieprzyjemny dreszcz przeszył całe moje ciało. Z każdych oddechem, z ust wydobywała się para, która natychmiast niknęła w mroku.
Rozejrzałem się, oświetlając pomieszczenie blaskiem latarki. Znajdowałem się w pokoju gościnnym, a tak przynajmniej mi się wydawało. Pośrodku znajdowało się mnóstwo krzeseł, które były poustawiane wokół wielkiego, grubo ciosanego, okrągłego stołu. Na lewo od niego, pod ścianą leżał przewrócony fotel.
Przeniosłem światło latarki na ścianę. Zobaczyłem obraz przedstawiający młodego mężczyznę z brodą i długimi, sięgającymi ramion, brązowymi włosami, ubranego w długą, jasną szatę. Miał rozłożone ręce, jakby chciał przytulić do siebie tego, kto właśnie na niego patrzy.
Przesunąłem latarkę nieco na prawo i ujrzałem pejzaż przedstawiający drzewa z dziwnymi, kolorowymi plamami wśród liści. Nigdy nie widziałem kwitnących drzew, ale od razu się domyśliłem, że to właśnie one. Czytałem kiedyś ich opisy w książkach – małe, piękne kwiaty, które po zapyleniu przez pszczoły przemieniały się w dorodne, soczyste przysmaki. Lecz pszczół nie potrafiłem sobie wyobrazić, a nigdzie, w żadnej książce, nie mogłem znaleźć opisu tych stworzeń. Zagadką także było dla mnie samo zapylanie. W jaki sposób to się odbywało?
Na Limbo nie było drzew. Nie tych prawdziwych, z zielonymi liśćmi, kwiatami, owocami i pszczołami. Zamiast nich, z martwej ziemi wyrastały szczątki, cienie niegdyś wspaniałej, bujnej roślinności – suche gałązki oszpecone ostrymi jak brzytwa kolcami lub obślizgłymi, trującymi mackami.
Światło latarki przeniosło się teraz na wyniszczone przez czas i wilgoć świeczniki przymocowane do ściany, wyblakłe, haftowane obrazy, drewniane popiersia, skóry dzikich zwierząt, takich jak kojoty czy pumy… i uchylone drzwi.
Mocne, solidne, metalowe drzwi z wyrwanym zamkiem.
Serce zabiło mi mocniej. W Instytucie, tam, gdzie kiedyś mieszkałem, znajdowały się podobne. Trzeba było nieźle się napracować, by gdzieś się włamać, używając tylko spinki i śrubokręta. O niszczeniu samego zamku nie było mowy. To było po prostu niemożliwe.
A jednak, ktoś tego dokonał.
Każda komórka, każdy nerw w moim umyśle wołał „uciekaj!", kiedy, chwiejąc się, podszedłem do drzwi i delikatnie je pchnąłem. Smród z wnętrza korytarza uderzył we mnie z taką siłą, że ledwie zdołałem utrzymać się na nogach.
- Halo! – zawołałem ponownie. – Jest tam kto?
I wtedy coś usłyszałem: ciche westchnienie, szmer, a zaraz po nim charakterystyczny plusk, jaki towarzyszy kamieniowi wpadającemu do wody.
Chciałem uciec, rzucić się do wyjścia i biec, biec na złamanie karku tą wąską, zdradziecką ścieżką, wpaść na ulice miasteczka i wrzeszczeć, wołać i błagać o pomoc mieszkańców. Ale nadal stałem, chwiejąc się na galaretowatych nogach, sparaliżowany strachem, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Podłoga pode mną zdawała się być miękka i jakby falowała, niczym zdradziecki piasek na pustyni, osuwający się spod stóp.
Całą swoją siłą woli zmusiłem się do tego, by nie uciec. Ostrożnie przystanąłem na najwyższym stopniu schodów, powoli przesuwając światło latarki w dół, wprost w paszczę ciemnego tunelu. Chciałem znów zawołać, lecz głos odmówił mi posłuszeństwa.
Deski skrzypiały przeraźliwie, kiedy szedłem w dół schodami coraz niżej i niżej. Ciemność dookoła mnie stawała się gęstsza, snop światła, padający z latarki, zdawał się jakby skracać z każdym krokiem, odbijał się od mglistej poświaty znajdującej się przede mną.
Na samym dole znajdowało się małe pomieszczenie, zawalone pudłami, zepsutymi rowerami i porozrywanymi torbami. Naprzeciw schodów, w podłodze pod ścianą widniał otwór wypełniony wodą. Musiało być to przejście na niższe kondygnacje, które zostało zalane. W rogu stał wiklinowy fotel na biegunach, a pod nim leżał czarny tobołek. Nie, to nie tobołek. Tobołki się nie ruszają.
Gdy światło latarki padło na ów przedmiot, mój żołądek podskoczył i zatrzymał się w okolicach krtani. Na ziemi leżał wielki, czarny pies, utopiony we własnej krwi. Jego prawy bok był oderwany od reszty ciała. Jakieś zwierzę wyżarło całe znajdujące się tam mięso. Oczy szeroko otwarte zastygły w niemym przerażeniu. Do ran i otwartego pyska wlatywały chmary much. Widok był przerażający, ale to sam odór zgnilizny, potu i amoniaku z sekundy na sekundę stawał się coraz gorszy.
Chwilę później pędziłem już schodami na górę, do wielkiego pokoju. Przebiegłem przez niego i stanąłem przed drzwiami prowadzącymi na podwórko. Wiatrówka przyjemnie ciążyła mi na ramieniu i chociaż wiedziałem, że na Limbo praktycznie jest bezużyteczna, dodawała mi otuchy. Lepsze to niż nic.
Zamarłem. Ręka spoczywała w miejscu, w którym powinna być klamka, ale w tym momencie za żadne skarby nie odważyłbym się pchnąć drzwi. Mógłbym przysiąc, że coś usłyszałem po drugiej stronie, jakby ciche westchnienie. Przystawiłem ucho, nasłuchując. Faktycznie, po kilku sekundach dźwięk się powtórzył. Tym razem jednak zabrzmiało to bardziej jak węszenie, a zaraz po tym zwierzęce parsknięcie.
Spojrzałem na wejście do piwnicy. Kiedy zbliżałem się do domu siostry Matyldy, widziałem, że coś biega po podwórku, jakiś ciemny kształt. Lecz, o zgrozo, to wcale nie był pies. Ten, od dobrych kilku godzin, leżał wypatroszony na dole. A więc t o c o ś nadal jest za zewnątrz, ba, jest teraz przed drzwiami.
Przed drzwiami, które są pozbawione zamków.
W tym momencie usłyszałem przerażające, gardłowe wycie i w następnej chwili t o c o ś uderzyło. Siła zwierzęcia (bo w końcu co to jest, jak nie zwierzę?) była ogromna. Impet odrzucił mnie do tyłu, lecz zanim t o zdołało wedrzeć się do środka, stałem już przy drzwiach i całym swoim ciężarem napierałem na nie.
Atak powtórzył się jeszcze trzy razy. Potwór szarżował, a ja odpierałem uderzenia. Ramię bolało niemiłosiernie, drzazgi wbijały się w dłonie, a osłabione nogi trzęsły się i uginały przy każdym szarpnięciu. Łzy napływały mi do oczu, bałem się. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak przerażony, jak teraz. Kiedy zaatakowali mnie bandyci, byli przy mnie Henry i Inez. Jak uciekałem łowcom niewolników, obronił mnie Balthazar. A teraz? Teraz jestem zupełnie sam. Mogę liczyć tylko i wyłącznie na siebie.
Na dole, w miasteczku wszyscy myśleli, że siostra Matylda wraz z dziećmi wiedzie wspaniałe, pokorne życie z kolejną sierotką do kolekcji. Ale oni uciekli – w najlepszym przypadku. Jeżeli im się nie poszczęściło, to zapewne leżą biedni w mroku piwnicy, porozrywani na strzępy, tak samo, jak ten pies. Znajdą ich po kilku dniach, a ja będę leżał tu, pod drzwiami w kałuży krwi. Zimny. Martwy.
Atak znowu się powtórzył – jeszcze mocniejszy. Ramię bolało coraz bardziej. Jeśli dalej będę tu stał, drzwi wyłamią mi kość w barku. Uderzenia następowały równo, co kilka sekund. Może gdyby udało mi się w odpowiednim czasie odpuścić, zdążę ukryć się na dole, przeczekać, a potem wrócić i uciec do bezpiecznego miasteczka?
Kolejne uderzenie. Zacząłem liczyć: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć… Uderzenie. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sze… I znowu.
Chwilę po tym, jak nastąpiło ósme, odepchnąłem się od drzwi i zacząłem biec z powrotem na dół, do piwnicy. Miałem tylko pięć sekund na to, żeby się schować. Lecz nie znalazłem się nawet w połowie drogi, kiedy usłyszałem, jak t o c o ś uderza po raz ostatni i wpada do domu, rycząc wściekle.
Światło latarki zmętniało, nie zauważyłem nawet, kiedy zaczęło przygasać, ale gdy znalazłem się znowu na dole, wydawało mi się, że ciemność jest jeszcze gęstsza, jeszcze bardziej wszechobecna. Słyszałem, jak potwór chodzi po dużym pokoju, znajdującym się tuż nad moją głową. Towarzyszył temu charakterystyczny odgłos plaśnięcia, jakby ktoś wdepnął gołą stopą w kałużę oraz stukot. Krok, stuk, krok, stuk, krok, stuk.
Wsadziłem rączkę latarki między zęby i napełniłem wiatrówkę świeżo kupionymi nabojami w kształcie kieliszków, dziękując w duchu Balthazarowi, że wpoił mi nawyk chodzenia zawsze i wszędzie z bronią i amunicją.
W tym momencie latarka zamigotała i nieco przygasła.
„Nie, nie, tylko nie to – myślałem w duchu – tylko nie teraz."
Lecz sekundę później światło mrugnęło ostatni raz, jakby się ze mnie śmiało, a potem zgasło.
Stałem oniemiały z bronią w rękach i niedziałającą latarką w zębach. Wszystko działało na moją niekorzyść – byłem sam, wszystkie drzwi zostały wyrwane z zawiasów, nigdzie nie mogłem się zamknąć, ukryć, a teraz to. Modliłem się, żeby chociaż wiatrówka mnie nie zawiodła.
Broń z powrotem powędrowała na moje ramię, a ręce do kieszeni. Gdzieś przecież musiałem mieć dodatkowe baterie. Zacząłem myśleć gorączkowo – miałem dziesięć akumulatorów, ale ile zapłaciłem temu sprzedawcy? Sześć? Siedem? Osiem? Jeżeli wydałem wszystkie, albo dziewięć, już jestem zgubiony. Bez światła nie dam rady przeżyć.
Krok, stuk, krok, stuk – usłyszałem na schodach. Potwór schodził na dół. Szedł po mnie!
Płakałem, kiedy desperacko przeszukiwałem wszystkie kieszenie spodni. W żadnej jednak nie było akumulatorów.
Krok, stuk, krok, stuk – coraz bliżej.
„Zginę tu! Umrę rozszarpany na strzępy, tak jak ten pies!"
Krok, stuk.
Są! Trzy maleńkie, w kształcie walca, chłodne baterie! Drżącymi rękami włożyłem je do latarki w miejsce starych. Serce zaczęło mi szybciej bić,
nie ze strachu, lecz z radości. Ale i ten nikły płomyk nadziei szybko przygasł, kiedy po wciśnięciu włącznika, światło nadal się nie zapalało. A kroki z każdą sekundą się zbliżały. Musiałem szybko myśleć. Jeszcze raz wyciągnąłem baterie i włożyłem je odwrotnie.
I znowu: nieopisana radość, a zaraz po niej paniczny strach.
Radość, bo latarka w końcu zaczęła działać. Strach pojawił się wtedy, gdy zobaczyłem, co przede mną stoi.
Nigdy w życiu nie widziałem niczego, co by przypominało człowieka, a jednocześnie byłoby do człowieka tak bardzo niepodobne. T o było żywym szkieletem, skóra ciasno przylegała do kości. Żebra zdawały się kończyć przy samych udach, a z końca kręgosłupa wyrastał króciutki ogon. Zamiast rąk potwór miał dwa kikuty, kończące się przy łokciu. W miejsce prawej nogi, aż do kolana, włożono kulę ortopedyczną. Głowa była łysa, a twarz blada i koścista, oszpecona licznymi bliznami. Uszu wcale nie miał, tylko dwa czarne otwory. Zamiast w oczy, patrzyłem w puste, ciemne oczodoły. Z szczęki, która wyglądała, jakby była wybita z zawiasów, wyrastały szeregiem ostre jak brzytwa zęby. Po brodzie i zapadniętych policzkach spływała szkarłatna krew, wymieszana z jakimś żółtawym płynem.
Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem oddychać, nie mogłem nawet myśleć. Miałem wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Potwór tylko stał, się nie ruszał. Pomimo tego, iż nie miał oczu, nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że mi się przygląda, jakby mnie oceniał. Dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że tak naprawdę on nasłuchuje. Starał się wychwycić jakikolwiek szelest, ruch, czy chociażby oddech. Zastanawiałem się, jakim cudem jeszcze nie usłyszał szalonego kołatania mojego serca, walącego w żebra z taką siłą, iż myślałem, że zaraz je połamie.
Zanim potwór zdążył zrobić cokolwiek, zanim ja zdołałem wymyśleć, co dalej, zza jednej ze skrzyń wyskoczyła dziewczynka, mała istotka o długich, blond lokach, w obszarpanej, czarnej sukience.
- Uciekaj stąd! – wołała przez łzy. – Ratunku! Pomocy!
Przebiegła koło mnie i zaczęła skakać po schodach na samą górę. T o zawyło triumfalnie i rzuciło się za dzieckiem.
Przez dłuższą chwilę trawiłem to, co się przed chwilą wydarzyło. Kiedy wyruszyłem z miasteczka i zacząłem swoją wspinaczkę, spodziewałem się usłyszeć krzyki, płacz i śmiech dzieci, a w tym momencie była to ostatnia rzecz, jakiej bym oczekiwał.
Dopiero w chwili, gdy do moich uszu dotarło powtórne wycie potwora i pisk spanikowanej dziewczynki, zdałem sobie sprawę, że to właśnie jest moja szansa. W duchu czułem się jednak podle. Cieszyłem się ze śmierci małego dziecka, dzięki której sam mogłem przeżyć. Jednak była to okazja, możliwe, że moja jedyna.
Nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, coś chwyciło mnie za kostkę. Odwróciłem się i zdołałem dostrzec mokre palce zaciśnięte w żelaznym uścisku i jasne, zielone ślepia. Silne ramię topielca pociągnęło mnie za sobą w stronę ciemnego, zalanego otworu. Uderzyłem z impetem głową o podłogę. Zrobiło mi się słabo i ciemno przed oczami. Nie zauważyłem nawet, kiedy pasek z wiatrówki zsunął mi się z ramienia. Byłem bezbronny. Próbowałem wyrywać się, kopać, ale butem wolnej nogi mąciłem tylko wodę. Nim zdołałem się obejrzeć, już znajdowałem się pod taflą w zalanym kominie.
Topielec ciągnął mnie za sobą i ciągnął w zimną, czarną otchłań. Dookoła nie było nic, czego mógłbym się chwycić. Moja wiatrówka została na powierzchni, chociaż i tak nie miałbym z niej żadnego pożytku pod wodą. Dostałem szansę, mogłem uciec. Miałem ku temu okazję… ale ją straciłem. Byłem zrozpaczony.
Nagle w kostce poczułem ostry ból, potwór wbił się zębiskami w moje ciało. Resztki powietrza odebrał mi krzyk, który i tak został stłumiony. Płuca paliły niemiłosiernie. Topielec rozwarł paszczę i z powrotem zacisnął ją na mojej łydce. Ze wszystkich stron otaczała mnie krew. W końcu but wolnej nogi znalazł twarz mutanta. Ten zapiszczał nienaturalnie wysoko i od razu mnie puścił, znikając w ciemnościach.
Nie miałem siły się ruszyć. Brakowało mi tlenu, a zalane płuca teraz płonęły żywym ogniem. Co za różnica, czy zostanę pożarty przez topielca, czy rozszarpany przez pół-żywego mutanta, czy zwyczajnie się utopię? Najwyraźniej przeznaczone mi było umrzeć w tym domu. Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie: drzwi, latarka, a kiedy nadarzyła się szansa ucieczki, zostałem wciągnięty pod wodę.
Zamknąłem oczy. Ciemność mnie pochłaniała, pożerała, była wszędzie, wdzierała mi się do umysłu. Widziałem ciemność przed oczami, nic nie słyszałem, nic już nawet nie czułem, nawet w głowie nie kłębiły się żadne myśli. Ból w kostce i łydce ustępował. Ogień w płucach też zaczął przygasać. Dryfowałem i było to przyjemne uczucie, zupełnie jakbym latał. Zawsze chciałem latać, tak jak smoki szybowały po błękitnym niebie w moich ulubionych opowieściach, albo czarownice na miotłach, którymi straszono niegrzeczne dzieci.
Lecz zaczęły wracać wspomnienia. Przed oczami zobaczyłem twarz mojego dobrego i niegdyś jedynego przyjaciela - Jerreda, potem jego dziewczynę - Bess, doktora Sabskiego, opiekunkę Julię, aż w końcu Balthazara, który był dla mnie niczym anioł stróż. Kiedy byłem całkiem sam, on nie zostawił mnie na pastwę dzikich zwierząt, przygarnął sierotę.
Nawet teraz słyszałem jego głos, odległy, dochodzący z bardzo daleka.
- Cayettan… Cay…
Gruby, niski, gardłowy głos tajemniczego jeźdźcy, samotnego strzelca docierał do mnie zniekształcony przez taflę wody.
- Cay… Słyszysz mnie, chłopcze…?
Coś jednak było nie tak. Nigdy nie słyszałem, żeby Balthazar mówił w taki sposób. Zawsze do każdego odnosił się albo z wyższością i pogardą, w szczególności do mnie, albo rozsiewał swoim basem dookoła siebie atmosferę tajemnicy i niepewności. A teraz w jego głosie dało się słyszeć nutkę zmartwienia, jeżeli nie rozpaczy. To nie może być prawdziwe wspomnienie…
- Dzieciaku, obudź się!
Otworzyłem oczy i w sekundzie wszystko powróciło do normy. Ciemność rozstąpiła się, uległa światłu. Mogłem się ruszać, mogłem oddychać, mogłem jasno myśleć. Nic nie było stłumione przez wodę, wszystkie odgłosy docierały do mnie w całej swej dźwięczności. Powrócił także tępy ból w kostce i łydce. Ogień z powrotem rozpalił się w moich płucach, a w głowie dudniło nieprzyjemnie.
Nad sobą zobaczyłem twarz z obrośniętą dookoła czarną brodą. Stary, kowbojski kapelusz rzucał cień na jasne oczy, zazwyczaj twarde i nieugięte, teraz spoglądające na mnie pobłażliwie. On sam zaś się uśmiechał.
- To był pierwszy i ostatni raz, kiedy robiłem ci sztuczne oddychanie – powiedział.
Balthazar, mój anioł stróż, podniósł mnie delikatnie. Ból torturował nerwy w kostce, ale nie zwracałem na to uwagi; w końcu byłem bezpieczny, nic mi nie zagrażało.
Kiedy Balthazar wyniósł mnie z tego strasznego domu, w którym przeżyłem najbardziej przerażające chwile grozy i wszedł na ścieżkę prowadzącą do miasteczka, przestępując nad ciałem zastrzelonego potwora z kulą ortopedyczną zamiast nogi, ja, przytulony do jego piersi, szlochałem głośno i mamrotałem niewyraźnie słowa, których sam nie potrafiłem zrozumieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz